Gotowy stół warsztatowy zabrałam ze sobą do domu tuż przed świętami. Później został pokryty podwójną warstwą oleju duńskiego.
Z powodu natłoku przygotowań świątecznych (i przeziębienia :/ ) nie miałam jeszcze czasu na solidnie wypróbowanie. Do tej pory moja mini-strugnica służyła jedynie pomocą przy wykonaniu najprostszych imaków.
Z góry przepraszam za jakość zdjęć. Za dużo światła dziennego teraz nie uświadczę, a oświetlenie w tym pokoju też nie należy do mocnych. Dlatego też niedawno dokupiłam stołową lampkę, która będzie mi doświetlała co trzeba. Niestety strugnica musiała też pozować wokół różnych gratów, ale to nie przypadek, ponieważ na stałe zadomowi się w naszym pokoju-składziku. Pochowałam tylko to co się dało, coby nie utrudniało wymiatania wiórów.
Kolejnych projektów (drobnych) mam całą listę, więc na nudę nie będę narzekać.
A tak przy okazji nie wiecie jak trudno mi jest tutaj dostac zwykły drewniany kij o odpowiedniej średnicy. Żeby nie zamawiać z internetu (otwory mają średnicę 20mm) skończyło się tym, że kupiłam w jakimś sklepie miotłę, bo miała trzonek o zbliżonej grubości...
A żeby nie było, że tylko sam cud, miód i orzeszki to niestety przy składaniu wyszedł pewien błąd. Aż cztery otwory w blacie są zasłonięte od spodu nogami strugnicy. A tak bardzo starałam się tego uniknąć przy ustalaniu umiejscowienia nóg. Ale potem jeszcze doszło dopasowanie tego do nawierconych już wcześniej otworów przedniego imadła. No i przeoczyłam. Nie jest to jakaś masakra oczywiście, no ale...
Poza tym zależało mi, żeby można było tą strugnicę bez problemu móc złożyć, dlatego też się zdecydowałam na taką konstrukcję. A to w połączeniu z wysokimi nogami i krótkim blatem powoduje pewną niestabilność. Jak bardzo będzie mi to przeszkadzać wyjdzie w praniu, ale możliwe, że trzeba będzie coś pokombinować, żeby nie latała na boki.