Nawiązując do fragmentu
[tego] posta (i kolejnych), okazało się, że winę za przymusowy postój wiertarki ponosi włącznik. Reszta, czyli to co wypadło w tym samym momencie z silnika - zdaje się - jest przypadkiem. W wyniku czego początkowo myślałem, że silnik zakończył swój żywot wypluwając resztki jakiejś izolacji. Teraz dochodzę do wniosku, że mogła to być rozgrzana farba, która zwyczajnie złuszczyła się od środka. Przy okazji zamieszczam kilka zdjęć.
Na dość ubogim płaskowniczku z równie mizernym spawem wspiera się cała wiertarka:

Luźne przewody w całkiem niedalekim sąsiedztwie zębatki:

A teraz czas na winowajcę, przez którego już myslałem, że wiertarka "pójdzie na serwis".

Nieraz myślałem jak działają takie włączniki. Po rozebraniu okazało się to banalnie proste. Element z niebieskimi napisami to elektromagnes. Człowiek wciska zielony przycisk, zamyka obwód uruchamiając jednocześnie elektromagnes, który pełni rolę "podtrzymującego palca". Kiedy maszyna zatrzyma się przez zanik zasilania, elektromagnes "puszcza" blaszkę, a sprężyna ciągnie ją ku górze, jednocześnie przerywając obwód. Dzięki temu, kiedy zasilanie znów powróci, obwód nie jest zwarty. Czerwony "wyłącznik" również przerywa obwód, zasada ta sama.

Problem z włącznikiem był również banalnie prosty, podobnie jak jego budowa. Górne blaszki lekko podgięły się, przez co wciskanie zielonego przycisku nic nie dawało, a nawet jeśli, to tylko przez chwilę. W końcu cały mechanizm "padł" na amen. Wystarczyło lekko podgiąć blaszki do dołu i włącznik znowu działa.

Trochę się rozpisałem, ale może oszczędzi to komuś podobnej zagwozdki
