Jak nie było można wycinać drzew, to ludzie się wściekali bo nie mogli na swojej posesji wjazdu zrobić lub odcienić budynek.
Czasami idioci z urzędu nie rozumieli że drzewo rozwala fundamenty.
Prawo zostało zmienione.
Co się zrodziło w głowach właścicieli działek? No w końcu można zrobić porządek. Wyciąć stare, dać więcej światła innym roślinom. Wywalić przerośnięte drzewa, które mają tyle liści co kot napłakał, bo walczą o światło między sobą i pną się w górę.
Cienia od cholery, liści brak i ta produkcja masy własnej z C02 marna.
Uratować budynek itp... itd...
Tak więc obywatel planował. Miał plan.
Przyszła jednak myśl do głowy obywatelowi, a co będzie jak cofną? Przecież w kraju naszym prawo jest zmieniane co chwila. Tak więc obywatel był czujny.
Czujność obywatela przeradzać się zaczęła w podejrzenia że jednak coś się szykuje. Media polskie ( tak przy okazji w Anglii też) zaczęły snuć wizję katastrofy. Polskie lasy wycięte, Europa upadnie a świat ulegnie zagładzie (może trochę przesadziłem, ale taki jest wydźwięk informatyczny).
Tak więc obywatel zaczyna panikować, że z jego planów nic nie będzie.
Pędzi do sklepu kupuje piłę i w panice wycina, bo przestał planować, tylko działać, czasami bezmyślnie niestety.
Tak było ze mną. Jak tylko dowiedziałem się że ma być nowelizacja przepisów, wziąłem wolne i w te pędy na działkę.
Tylko że ja mam plan. W miejscu starych będzie nowy sad i pasieka mała. Docelowo środowisko tylko zyska.
Czy zrobił obywatel źle? Zapewne w niektórych przypadkach tak, aczkolwiek kilka młodych drzewa które posadzi będą produkować więcej tlenu niż jedno stare zniszczone.
Efekty zobaczymy za kilka lat.
O co mi chodzi. Już ktoś pisał wcześniej, że gdyby prawo było stabilne. gdyby nie było takich częstych zmian i nowelizacji, to obywatel wycinałby sobie drzewka w miarę potrzeby. Nie ciąłby hurtem i wszystko korzystając z możliwości.