W komisie chodzi o wszystko. Nawet kupując w komisie przy salonie Toyoty i w towarzystwie swojego mechanika dobrze znającego konkretny model samochodu. Wychodzą kwiatki jak sinice w akwarium.
Moja Ave; jestem drugim właścicielem, kupiona przez pierwszego w salonie w którym był komis; po testach (2 dni po zakupie) w innym ASO:
- uwalony amortyzator (ubytek obudowy zalepiony poxipiliną) ciężko było zobaczyć na kanale bez zdjęcia koła,
- dziura/perforacja w tylnym nadkolu (zasłonięta matą i awaryjnym podnośnikiem),
- pasek klinowy, filtry i płyny do wymiany (choć w książce wymiana była miesiąc przed sprzedażą)
- bijące tarcze hamulcowe ("ten model tak ma po wjechaniu gorącymi w kałużę ...")
- oraz parę ubytków lakierniczych i drobnica w stylu odpadający schowek na okulary
Po trzech miesiącach wymiana kolumny kierownicy (wyrobione przekładnie).
Dogadałem się z komisem, część kasy wróciła do mnie (ale nie całość, o nie ma tak dobrze !) na resztę machnąłem ręką i dobrze bo po ogarnięciu wad samochód jeździ dobrze.
Jak wyglądałoby to w innym komisie (skoro komis w salonie robi takie numery jak z wymianą płynów), mogę sobie tylko wyobrazić (funkiel-nówki nie śmigane i na włoskim słońcu leżakowane

).