Dokładnie tak. Instalacja elektryczna w warsztacie _musi_ być poprawnie zrobiona. Dla Ciebie i każdego kto się tam znajdzie: musisz założyć, że wejdzie tam osoba postronna mająca mniej wiedzy niż rozumu (jak mawiał mój nauczyciel "przysłowiowa maupa"), podłączy urządzenie wymagające uziemienia (bo to przecież warsztat, więc bolec uziemiający z PE "musi być") i zrobi sobie krzywdę. Tutaj nie ma taryfy ulgowej - obowiązuje skrajna postać zasady ograniczonego zaufania. Rzecz jasna nie ma idealnie bezpiecznej instalacji elektrycznej, ale warto zrobić wszystko (w tym wynająć elektryka z odpowiednią wiedzą), żeby zminimalizować ryzyko.
Ad meriutum.
Przy przyłączu do warsztatu rzędu 40A/63A warto pociągnąć z tablicy rozdzielczej zasilanie odpowiednim przekrojem i w obrębie warsztatu założyć własną tablicę bezpiecznikową. Pierwszy zysk: nie będziesz musiał latać do głównej, żeby włączyć zabezpieczenie, drugi: widzisz na kontrolkach od razu co i gdzie się stało. Dla mnie najważniejsza byłaby świadomość, że instalacja jest przygotowana z materiałów o których jakość nie muszę się martwić (przekroje i wiek bezpieczników). Do tego niezależnie od zewnętrznej różnicówki o niskiej czułości (zabezpieczenie przeciwporażeniowe) mógłbym zakładać wedle potrzeby szybsze i bardziej czułe elementy zabezpieczenia czy choćby pomiarowe. O wygodniejszym rozprowadzeniu zasilania z własnej tablicy (więcej miejsca na szyny i przewody + własny zapas pustego miejsca na rozbudowę w przyszłości) też warto wspomnieć.
Z prądem nie ma żartów.
BTW. Warsztat drewno i pył: warto zadbać o odpowiedni poziom pyłoszczelności i ew. bryzgoszczelnosci elementów instalacji. Po kilku latach w źle złożonej puszce z gumką uszczelniającą potrafi się zebrać dużo pyłu, a w warsztacie nie zawsze przejmujemy się co i kiedy płynie po ścianie (o przecieka : kiedyś się poprawi) ;-)