Luwak to długi temat. Po pierwsze te koty trzymane i hodowane są w klatkach jak nasze kury, karmione wiśniami kawy przez rurę jak nasze gęsi paszą, a to nie jest ich podstawowe pożywienie, dla tego chorują i szybko umierają, na nieszczęście dla nich dobrze się mnożą. W tej chwili jest to już masowa produkcja, tylko podsycana legendą o ułamku całej produkcji. Ułamek to był jak te koty na wolności sobie to żarły. Ponieważ wszyscy w świecie kawy już o tym wiedzą, to nikt już nie kupuje surowca, bo taka palarnia byłaby automatycznie skreślona. Palą więc to gdzieś tam na miejscu byle jak, w sensie za ciemno i wychodzi, że nawet Lavazza czy inna mk kafe jest lepsza, bo tam można poczuć jedynie aromaty asfaltu i spalonych opon, tu dochodzi jeszcze aromat palonego gówna.
Nie pamiętam nazwiska, ale luvak sprowadził do Europy jakiś fotograf National Geografic jako ciekawostkę. Twierdzi, że nie chodziło mu o walory smakowe, bo można to porównać z popsutymi rybami jedzonymi przez Norwegów. Fajne jako ciekawostka, ale tak kiepskie w smaku, że nie pijalne na codzień. Ponoć bardzo teraz żałuje, że napisał ten artykuł patrząc co dzieje się z tymi kotami.
Jeśli ktoś poszukuje wrażeń w świecie kawy to smakowe wyżyny oraz towarzyskie, jeśli ktoś choć trochę zna się na kawie, osiągnie kupując jakąś Geishę lub Pacamarę z Panamy paloną w uznanej palarni, choć ponoć ta z mk fresh z Gwatemali byłaś całkiem przyzwoita.
Marek.